FRAGMENT KSIĄŻKI
Południe Brazylii jest regionem mało znanym... Nie tańczy się tam samby,
a w środku puszczy zjecie pierogi ruskie, posypane kawałkami kurczaka i żółtym serem.
Stany Paraná i Santa Catarina zaskakują ciekawą mieszanką kultur rdzennych mieszkańców, potomków niewolników
i europejskich osadników. Polska, Niemiecka i Włoska tożsamość mają się tam bardzo dobrze, pomimo upływu czasu.
Podróż, którą opisuję w książce, była dla mnie szczególna,
bo poznałam rodzinę i przyjaciół mojego Brazylijskiego partnera Luana. Dzięki temu czytelnik może zajrzeć do codzienności współczesnej Brazylii, dosłownie
i w przenośni - od kuchni. Choć ciągnie nas do natury, a najlepiej na pustkowia wśród ciszy przepastnych krajobrazów, to jednak spotkani ludzie nadali naszej podróży szczególny czar... I trzeba było uwiecznić ich na papierze!
América Invertida Urugwajskiego artysty Joaquín Torres García to prosty rysunek tuszem o mocnym przesłaniu.
Reprezentuje myśl, która przyświecała mi podczas pisania książki. Obrócenie mapy świata do góry nogami zaburza europocentryczny obraz, do którego przywykliśmy.
Starałam się poczuć Brazylię i namalować ją dla Was oczami lokalnych mieszkańców.
Bo przecież nasz punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia.
Każde miejsce ma swoje barwne postacie, które tworzą swoisty folklor, rozumiany na wiele sposobów. Obok naszego auta, sunącego po ulicach São Bento do Sul trzydziestoletniego chevroleta kadetta, przejechał motocyklista. Byliśmy w drodze do supermarketu, żeby uzbroić się
w jedzenie na wieczorne ognisko.
Starszy gość około siedemdziesiątki prowadził bzyczący, czarny motor. Ciemna zapylona kurtka zawadiacko współgrała z poważną miną i masywnym wąsem. W gorącym słońcu południowej Brazylii grube szkła okularów pewnie by błyszczały, gdyby nie były oblepione kilkoma warstwami kurzu. I jeszcze wisienka na torcie – czapeczka z żółtym daszkiem, wystająca intrygująco spod kasku motocyklowego. Przyznam, że ten element kompozycji trochę psuł aurę zabijaki. Niemniej dzięki temu zagadnęłam dla śmiechu rodzinkę
w aucie i usłyszałam, już mniej do śmiechu, historię Klausa.
São Bento do Sul to miasto utworzone w dużej mierze przez potomków europejskich imigrantów, spływających przede wszystkim z Niemiec, Włoch
i Polski. Przez kilka wieków uciekali do Brazylii przed kryzysami, zaborami
i konfliktami zbrojnymi. Znaleźli swój azyl między wzgórzami porośniętymi puszczą, gdzie gęsta sieć rzek daje początek kilkudziesięciu okolicznym wodospadom.
Czego najmniej spodziewa się podróżnik, zapuszczający się w daleki brazylijski interior? Centrum epatującego niemieckością.
Kiedy rozmawiamy o Klausie, po ryneczku chodzą ludzie w bawarskich strojach, trącający się kuflami piwa,
a echo niesie jodłujące tyrolskie zaśpiewy z głośników. Nie jest to jednak dzień jak co dzień – Sãobentenses przebrali się tak na sobotni festyn. Ale jakby tak się podpytać, to z pewnością powiedzieliby (po portugalsku oczywiście), że są Niemcami. A od ilu pokoleń wstecz i czy kiedykolwiek byli w Niemczech – o to lepiej nie pytać, żeby nie podpaść.
Klaus jest bardziej współczesnym imigrantem. Jeśli wierzyć plotkom, przyjechał w 1994 roku po zamordowaniu swojej żony i jej kochanka. Pewnego dnia zaczął podejrzewać, że jest zdradzany. Zrobił swoje ciche dochodzenie, które
w furii doprowadziło go do zrealizowania okrutnego planu. Przygotował zawczasu swój paszport, cały dobytek i lot do Brazylii. Wieść niesie, że zastosował fortel i nakrył kochanków na gorącym uczynku. Udał zapewne, że wychodzi na dłużej z domu. Zabił oboje na miejscu
i uciekł prosto na lotnisko,
a stamtąd – do stanu Santa Catarina, gdzie dziś, po trzydziestu latach pomyka sobie nadal spokojnie w słoneczku na motorze.
Niesamowite jest to, że wszyscy znają tę historię. São Bento to małe miasto, więc skoro tato ubarwia tą opowieścią drogę na zakupy, to jest to wiedza równie powszechna co pory roku. Klausa ominął społeczny ostracyzm, a nawet cieszy się pewną ogólną aprobatą – uważa się go za bardzo dobrego mechanika, co służy jako przeciwwaga do opowieści o zbrodni. Nie taki ten Klaus straszny, jak go malują - biznes dobrze się kręci mimo złej reputacji. Ponoć zapytany kiedyś, czy żałuje morderstwa, odpowiedział, że dziś zrobiłby dokładnie to samo.
Co ciekawe, tego samego dnia historia Klausa zapukała do nas po raz wtóry, mimo że on sam dawno zniknął
z horyzontu.
guaraquesabe@proton.me